17 podniebnych koszmarówТекст

Оценить книгу
3,0
1
1
Отзывы
Фрагмент
Отметить прочитанной
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Tytuł oryginału:

FLIGHT OR FRIGHT

17 TURBULENT TALES

FLIGHT OR FRIGHT copyright © 2018

Edited by Stephen King and Bev Vincent

All rights reserved

Ilustracja na okładce:

Amund Bjørnstad

Redaktor prowadzący:

Joanna Maciuk

Redakcja:

Joanna Habiera

Korekta:

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-576-3

Warszawa 2019

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa i wprowadzenia do opowiadań © 2018, Stephen King

E. Michael Lewis, Ładunek; pierwsze wydanie w Shades of Darkness, Barbara i Christopher Roden (red.), Ash-Tree Press © 2008. Przedruk za zgodą autora.

Arthur Conan Doyle, Groza przestworzy; pierwsze wydanie w „The Strand Magazine” © 1913.

Richard Matheson, Koszmar na wysokości sześciu tysięcy metrów; pierwsze wydanie w Alone By Night, Michael & Don Congdon (red.), Ballantine Books © 1961. Przedruk za zgodą spadkobierców autora i Don Congdon Associates, Inc.

Ambrose Bierce, Latająca maszyna; pierwsze wydanie w Fantastic Fables, Putnam © 1899.

E.C. Tubb, Lucyferze!; pierwsze wydanie w Vision of Tomorrow #3 © 1969. Przedruk za zgodą Cosmos Literary Agency i spadkobierców autora.

Thomas Carlisle Bissell, Kategoria piąta; pierwsze wydanie w The Normal School © 2014. Przedruk za zgodą autora.

Dan Simmons, Dwie minuty czterdzieści pięć sekund; pierwsze wydanie w „Omni Magazine” © 1988. Przedruk za zgodą autora.

Cody Goodfellow, Diablitos; pierwsze wydanie w A Breath from the Sky: Unusual Stories of Possession, Scott R. Jones (red.), Martian Migraine Press © 2017. Przedruk za zgodą autora.

John Varley, Nalot; pierwsze wydanie w „Asimov’s Science Fiction” © 1977. Przedruk za zgodą autora.

Joe Hill, Jesteście wolni © 2018.

David J. Schow, Ptaki Wojny; pierwsze wydanie w A Dark and Deadly Valley, Mike Heffernan (red.), Silverthought Press © 2007. Przedruk za zgodą autora.

Ray Bradbury, Latająca machina; pierwsze wydanie w The Golden Apples of the Sun, Doubleday & Company © 1953. Przedruk za zgodą Don Congdon Associates, Inc.

Bev Vincent, Zombi w samolocie; pierwsze wydanie w Dead Set, 23 House Publishing © 2010. Przedruk za zgodą autora.

Roald Dahl, Nie zestarzeją się nigdy; pierwsze wydanie w formie książkowej w Over To You: Ten Stories of Flyers and Flying, Reynal & Hitchcock © 1946. Przedruk za zgodą The Roald Dahl Story Company Limited.

Peter Tremayne, Morderstwo w powietrzu; pierwsze wydanie w The Mammoth Book of Locked Room Mysteries and Impossible Crimes, Mike Ashley (red.), Robinson © 2000. Przedruk za zgodą autora.

Specjalista od turbulencji © 2018, Stephen King.

James L. Dickey, Spadanie; pierwsze wydanie w „The New Yorker” © 1967. Przedruk za zgodą spadkobierców autora oraz Raines & Raines.

Posłowie © 2018, Bev Vincent.

Antologia dedykowana wszystkim pilotom, prawdziwym i fikcyjnym, którzy sprowadzili swoje samoloty na ziemię po koszmarnym locie i bezpiecznie dowieźli pasażerów do celu.

Do tego grona należą:

Wilbur Wright

Chesley Sullenberger

Tammie Jo Shults

Vernon Demerest

Robert Pearson

Eric Gennotte

Tim Lancaster

Min-Huan Ho

Eric Moody

Peter Burkill

Bryce McCormick

Robert Schornstheimer

Richard Champion de Crespigny

Robert Piché

Brian Engle

Ted Striker

PRZEDMOWA

STEPHEN KING

Czy na tym nowoczesnym, zdominowanym przez technologię świecie są ludzie, którzy lubią latać? Może trudno w to uwierzyć, ale jestem pewien, że tak. Na przykład piloci, większość dzieci (choć nie te najmłodsze; źle znoszą zmiany ciśnienia) oraz rozmaici entuzjaści aeronautyki, chyba jednak nikt więcej. Dla reszty z nas podróż samolotem pasażerskim jest doświadczeniem równie urokliwym i ekscytującym jak badanie przezodbytnicze. Współczesne lotniska to zazwyczaj zatłoczone zoo, w których cierpliwość i uprzejmość wystawiane są na najcięższą próbę. Jedne loty się opóźniają, inne zostają odwołane, bagaże są przerzucane z miejsca na miejsce jak worki grochu i często nie docierają do celu razem z właścicielami, którzy rozpaczliwie potrzebują czystych koszul czy choćby jednego kompletu świeżej bielizny.

Jeśli masz lot wczesnym rankiem, niech Bóg ma cię w swojej opiece. Oznacza to, że musisz zwlec się z łóżka o czwartej nad ranem po to tylko, żeby przejść odprawę równie skomplikowaną i stresującą jak wyjazd z małego, skorumpowanego kraju południowoamerykańskiego w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku. Czy masz dokument ze zdjęciem? Czy dopilnowałeś, by szampon i odżywka znajdowały się w małych, plastikowych, przezroczystych butelkach? Czy jesteś gotowy zrzucić buty i poddać swoje elektroniczne gadżety napromieniowaniu? Czy wiesz na pewno, że nikt inny nie pakował twoich bagaży ani nie miał do nich dostępu? Czy godzisz się na to, żeby cię prześwietlono od stóp do głów, a potem może na dokładkę obmacano twoje części intymne? Tak? To dobrze. A może się jeszcze okazać, że na twój samolot sprzedano więcej biletów, niż jest miejsc, lot opóźni się z uwagi na mechaniczną usterkę lub złą pogodę bądź zostanie odwołany z powodu awarii komputerów. No i powodzenia, jeśli liczysz na to, że uda ci się dostać bilet bez rezerwacji; większą szansę masz na wygraną w zdrapkach.

Pokonujesz te przeszkody po to, żeby wsiąść do machiny, którą jeden z autorów zamieszczonych w tej antologii nazywa „wyjącą skorupą śmierci”. Czy to nie lekka przesada, możecie zapytać, nie mówiąc już o tym, że fakty temu przeczą? Zgoda. Samoloty rzadko stają w płomieniach (choć wszyscy widzieliśmy szokujące nagrania z telefonów komórkowych, pokazujące silniki buchające ogniem dziewięć tysięcy metrów nad ziemią), a podróże lotnicze przeważnie nie kończą się śmiercią (według statystyk bardziej prawdopodobne jest, że zginiesz, przechodząc przez ulicę, zwłaszcza jeśli jesteś cholernym bałwanem, który zamiast patrzeć, czy coś jedzie, gapi się w telefon komórkowy). A jednak rzeczywiście wsiadasz do czegoś, co w gruncie rzeczy jest rurą wypełnioną tlenem i spoczywającą na wielu tonach łatwopalnego paliwa lotniczego.

Kiedy już twoja rura z metalu i plastiku zostaje szczelnie zamknięta (niczym – brrr! – trumna) i odrywa się od pasa startowego, ciągnąc za sobą swój malejący cień, jedno tylko jest pewne, fakt tak nieunikniony, że nie ma potrzeby ujmować go w kategoriach statystycznych: spadniesz z powrotem na ziemię. Tak każe grawitacja. Pytanie, gdzie to się stanie, dlaczego i w ilu kawałkach (optymalny wariant jest taki, że w jednym). Jeśli ponowne spotkanie z matką ziemią nastąpi na półtorakilometrowym betonowym pasie (przy odrobinie szczęścia, u celu twojej podróży, chociaż w razie konieczności każdy kawałek utwardzonej nawierzchni się nada), wszystko gra. Jeśli nie, twoje szanse na przetrwanie gwałtownie maleją. To też jest fakt statystyczny, który nawet najbardziej doświadczeni podróżni muszą brać pod uwagę, kiedy ich samolot wpada w dziurę powietrzną na wysokości dziewięciu tysięcy metrów.

W takich chwilach nie panujesz nad sytuacją. Nie możesz zrobić nic konstruktywnego; pozostaje ci tylko sprawdzić, czy masz zapięty pas bezpieczeństwa, podczas gdy talerze i butelki brzęczą w kuchni, schowki bagażowe się otwierają, dzieci wrzeszczą, twój dezodorant traci moc, a stewardesa oznajmia przez głośniki: „Kapitan prosi, aby pozostali państwo na swoich miejscach”. Zatłoczona rura, w której lecisz, trzęsie się, kolebie, drży i trzeszczy, a ty masz czas na refleksję o kruchości swojego ciała i tym jednym, jedynym niezbitym fakcie: prędzej czy później spadniesz z powrotem na ziemię.

A zatem, skoro dostarczyłem wam już materiału do przemyśleń na następną podróż w przestworzach, pozwólcie, że zadam następujące pytanie: czy istnieje jakaś, jakakolwiek ludzka czynność, która byłaby lepszym motywem przewodnim antologii opowiadań z dreszczykiem takiej jak ta, którą teraz trzymacie w rękach? Sądzę, że nie, panie i panowie. Tu jest wszystko: klaustrofobia, lęk wysokości, utrata kontroli nad własnym losem. Nasze życie zawsze wisi na włosku, ale nigdy nie jesteśmy tego bardziej świadomi niż w chwili, kiedy schodzimy ku LaGuardii w gęstych chmurach i strugach ulewnego deszczu.

Uwaga natury osobistej: redaktor niniejszej antologii znosi latanie znacznie lepiej niż kiedyś. Dzięki mojej karierze pisarskiej przez ostatnich czterdzieści lat dużo podróżowałem samolotami i mniej więcej do tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku za każdym razem było to dla mnie przerażające doświadczenie. Rozumiałem teorię lotu, rozumiałem statystyki wykazujące, że zagrożenie jest minimalne, ale nic to nie pomagało. Przyczyną po części było moje pragnienie (które mam do dziś), by w pełni panować nad sytuacją. Kiedy siedzę za kółkiem, czuję się bezpiecznie, bo ufam sobie. Kiedy kierowcą jest ktoś z was… niekoniecznie (przykro mi). Gdy wchodzisz na pokład samolotu i zajmujesz przydzielone ci miejsce, oddajesz swój los w ręce ludzi, których nie znasz; ludzi, których może nawet nigdy nie zobaczysz.

Wyobraźnia, która z biegiem lat wyostrzyła mi się jak brzytwa, także nie ułatwia podniebnych podróży. Przydaje się, kiedy siedzę za biurkiem i wymyślam opowieści, w których straszne rzeczy przydarzają się bardzo sympatycznym ludziom, natomiast nie pomaga, gdy jestem uwięziony w samolocie, który wjeżdża na pas startowy, chwilę się waha, po czym wyrywa naprzód z prędkością, jaka dla samochodu rodzinnego byłaby samobójcza.

 

Wyobraźnia jest mieczem obosiecznym i w tych wczesnych latach, kiedy latałem coraz częściej w sprawach zawodowych, nazbyt łatwo było się nim skaleczyć. Nazbyt łatwo przychodziły myśli o wszystkich ruchomych częściach silnika za oknem, których było tak wiele, że prawie pewne wydawało się, że prędzej czy później co najmniej jedna z nich się zbuntuje i przestanie harmonijnie współdziałać. Wyłapywałem nawet najmniejszą zmianę dźwięku w pracy silników, byłem niemal pewien, dlaczego samolot nagle przechylił się na bok, a moja pepsi (alarmująco!) przechyliła się razem z nim w małym plastikowym kubku.

Jeśli pilot przychodził zamienić parę słów z pasażerami, zastanawiałem się, czy drugi pilot jest kompetentny (równie kompetentny jak pierwszy być nie mógł, skoro pełnił funkcję rezerwowego). Może samolot leciał na autopilocie, ale co będzie, jeśli autopilot nagle padnie, kiedy pilot rozprawia z kimś o szansach Yankees na mistrzostwo, i maszyna runie na ziemię? A jeśli zamki luku bagażowego puszczą? Jeśli podwozie się zatnie? Albo wyleci jedno z okien, wadliwe, ale dopuszczone do użytku przez kontrolera jakości rozkojarzonego myślami o czekającej w domu ukochanej? Skoro już o tym mowa, co się stanie, jeśli uderzy w nas meteoryt i kabina ulegnie dekompresji?

W połowie lat osiemdziesiątych te obawy zelżały dzięki mojemu rendez-vous ze śmiercią podczas lotu z lotniska Farmingdale w Nowym Jorku do Bangor w stanie Maine. Nie wątpię, że wielu ludzi – część z nich może w tej chwili czyta niniejszą książkę – przeżyło na pokładzie samolotu chwile grozy, których przyczyną mogło być wszystko – od nagłego złożenia się przedniego podwozia po ześliźnięcie się maszyny z oblodzonego pasa startowego, ja jednak byłem wtedy tak bliski śmierci, że bardziej się nie da, przynajmniej jeśli chce się móc później o tym opowiedzieć.

Było późne popołudnie. Na niebie ani jednej chmurki. Wyczarterowałem leara 35, w którym pasażer podczas startu czuł się, jakby miał rakietę przyczepioną do tyłka. Latałem tym samolotem wiele razy. Znałem pilotów i ufałem im, bo i dlaczego nie? Ten w fotelu po lewej zaczynał za sterami myśliwca na wojnie w Korei, wyszedł cało z wielu misji bojowych i od tamtego czasu wylatał dziesiątki tysięcy godzin. Wyjąłem powieść do czytania i zbiór krzyżówek, spodziewając się spokojnej podróży i miłego powrotu do żony, dzieci i psa.

Weszliśmy na pułap dwóch tysięcy metrów i właśnie zastanawiałem się, czy moja rodzina da się namówić na wieczorne wyjście do kina, kiedy lear jakby przywalił w mur. W tamtej chwili byłem święcie przekonany, że zderzyliśmy się z innym samolotem i że wszyscy trzej – obaj piloci i ja – zginiemy. Mała kuchnia otworzyła się i wyrzuciła z siebie całą zawartość. Poduszki z wolnych foteli wystrzeliły w górę. Mały odrzutowiec przechylił się… przechylił się jeszcze bardziej… po czym przewrócił się na grzbiet. Czułem to, ale nie widziałem. Miałem zamknięte oczy. Nie przewinęło się przede mną całe moje życie. Nie pomyślałem: „Przecież jeszcze tyle miałem do zrobienia”. Nie było uczucia pogodzenia się (ani niepogodzenia) z losem. Była tylko pewność, że wybiła moja godzina.

I wtedy samolot wyrównał lot. Drugi pilot wrzeszczał z kokpitu: „Steve! Steve! Wszystko u ciebie w porządku?”.

Powiedziałem, że tak. Spojrzałem na przejście między siedzeniami, w którym walały się porozrzucane rzeczy, wśród nich kanapki, sałatka i kawałek sernika z truskawkami. Popatrzyłem na zwisające żółte maski tlenowe. Zapytałem – nad podziw spokojnym głosem – co się stało. Moja dwuosobowa załoga wtedy jeszcze tego nie wiedziała, podejrzewali tylko, a później potwierdzili, że cudem uniknęliśmy zderzenia z boeingiem siedemset czterdzieści siedem linii Delta i wpadliśmy w jego strumień gazów wylotowych, który miotał nami jak wicher papierowym samolocikiem.

Od tamtego czasu podchodzę do podróży lotniczych ze znacznie większą ufnością, przekonałem się bowiem na własnej skórze, jak silne ciosy mogą znieść nowoczesne samoloty i jak spokojni i wprawni potrafią być dobrzy piloci (czyli większość) w kryzysowych sytuacjach. Jeden z nich powiedział mi: „Ćwiczysz i ćwiczysz po to, żebyś dokładnie wiedział, co masz robić w chwili, kiedy sześć godzin bezdennej nudy przejdzie w dwanaście sekund najwyższego niebezpieczeństwa”.

W opowiadaniach zawartych w tej książce znajdziecie wszystko: od gremlina siedzącego na skrzydle boeinga siedemset dwadzieścia siedem do przezroczystych monstrów żyjących wysoko ponad chmurami. Będą podróże w czasie i samoloty widma. Co najistotniejsze, doświadczycie tych dwunastu sekund przejmującej grozy, gdy zdarza się najgorsze, co w przestworzach może się zdarzyć. Będziecie mieli do czynienia z klaustrofobią, tchórzostwem, przerażeniem i przebłyskami odwagi. Jeżeli planujecie podróż liniami Delta, American, Southwest lub jakimikolwiek innymi, radzę zabrać książkę Johna Grishama albo Nory Roberts zamiast tej antologii. Nawet jeśli siedzicie bezpiecznie na ziemi, lepiej mocno zapnijcie pasy.

Bo czeka was ostra jazda.

Stephen King

2 listopada 2017

ŁADUNEK

E. MICHAEL LEWIS

E. Michael Lewis, który będzie pilotem naszego dziewiczego lotu, studiował pisarstwo na University of Puget Sound i mieszka na północno-zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Jego specjalista od załadunku wprowadzi was na pokład lockheeda C-141A starlifter (samolot tej samej marki, podobno nawiedzony, można oglądać w muzeum sił powietrznych w bazie McChord), który startuje z Panamy z misją transportową do Stanów Zjednoczonych. Starlifter to powietrzny wół roboczy, na krótkich dystansach zdolny przewieźć do trzydziestu pięciu ton ładunku. W luku pomieści stu spadochroniarzy, stu pięćdziesięciu żołnierzy w pełnym ekwipunku, ciężarówki i dżipy, nawet międzykontynentalne rakiety balistyczne Minuteman. A także mniejsze ładunki. Na przykład trumny. Niektóre opowieści mrożą krew w żyłach; ta na długo zapadnie wam w pamięć. Sprawi, że ciarki będą wam pełzły po grzbiecie, centymetr po centymetrze…

Witajcie na pokładzie.

LISTOPAD 1978

Śnił mi się ładunek. Luk samolotu wypełniały tysiące skrzyń z surowej sosny, najeżonych drzazgami, które przebijają rękawice robocze. Każda skrzynia ostemplowana była zagadkowymi liczbami i dziwacznymi akronimami, jarzącymi się bladym czerwonym światłem. Podobno zawierały opony do dżipów, niektóre wielkie jak domy, inne małe niczym świece zapłonowe, a wiązania, którymi przytroczono je do palet, przypominały pasy kaftana bezpieczeństwa. Próbowałem sprawdzić wszystkie po kolei, ale było ich za dużo. Skrzynie poruszyły się z cichym szelestem i zwaliły na mnie. Nie mogłem dosięgnąć interkomu, żeby ostrzec pilota. Samolot przekręcił się wokół swojej osi i ładunek przygniótł mnie tysiącami małych, ostrych palców, potem miażdżył duszącym ciężarem, gdy runęliśmy ku ziemi i się rozbiliśmy, brzęczenie interkomu przypominało krzyk. Słyszałem jeszcze inny dźwięk, dochodzący z wnętrza skrzyni koło mojego ucha. Coś się w niej szamotało, coś przesiąkłego wilgocią i skalanego, coś, czego nie chciałem zobaczyć, coś, co pragnęło się wydostać na zewnątrz.

Dźwięk przeszedł w stukot podkładki do pisania o metalową ramę mojego koszarowego łóżka. Szybko otworzyłem oczy. Szeregowy – nowy w bazie, sądząc z przepoconego kołnierza – stał nade mną, trzymając podkładkę jak tarczę na wypadek, gdybym zaliczał się do ludzi gotowych urwać innym głowę za to tylko, że wykonują swój obowiązek.

– Sierżancie Davis – powiedział. – Wzywają pana na płytę lotniska.

Usiadłem i się przeciągnąłem. Podał mi podkładkę, na której był manifest ładunkowy: rozłożony HU-53 z załogą, mechanikami i personelem medycznym. Cel podróży nic mi nie mówił.

– Lotnisko Timehri?

– To pod Georgetown w Gujanie. – Kiedy spojrzałem na niego pustym wzrokiem, dodał: – Dawna kolonia brytyjska. Timehri to była baza lotnicza Atkinson.

– Na czym polega zadanie?

– Masowa ewakuacja medyczna ekspatriantów z miejscowości o nazwie Jonestown.

Amerykanie w opałach. Podczas służby w lotnictwie wielokrotnie ratowałem Amerykanów w opałach. Trzeba przyznać, że dawało to znacznie większą satysfakcję od wożenia opon dżipów. Podziękowałem szeregowcowi i pospiesznie włożyłem czysty kombinezon.

Już się cieszyłem na kolejne Święto Dziękczynienia w Panamie, w bazie lotniczej Howard – trzydziestostopniowe temperatury, faszerowany indyk w mesie, futbol w radiu i pod dostatkiem czasu wolnego, żeby się porządnie upić. Transport z Filipin przybył zgodnie z planem, żadnych kłopotów z pasażerami ani ładunkiem. A teraz to.

Doświadczony specjalista od załadunku przywykł do myśli, że w każdej chwili coś może przerwać wypoczynek. C-141 starlifter był największym samolotem transportowym dowództwa sił powietrznych, zdolnym przewieźć trzydzieści pięć ton ładunku lub dwustu gotowych do walki żołnierzy w dowolne miejsce na świecie. Wysoko osadzone, skośne skrzydła długości połowy boiska futbolowego opadały jak u nietoperza nad płytą lotniska. Z zadartym ogonem w kształcie litery T, bocznie uchylnymi drzwiami luku i wbudowaną rampą załadowczą, starlifter nie miał sobie równych wśród transportowców. Jako specjalista od załadunku – czyli połączenie stewardesy ze specem od przeprowadzek – miałem za zadanie upakować ładunek możliwie najciaśniej i najbezpieczniej.

Kiedy wszystko znalazło się na pokładzie, a grafik rozmieszczenia ładunku został wypełniony, przyszedł ten sam szeregowy, który mnie obudził. Właśnie obsobaczałem panamską załogę naziemną za to, że porysowali kadłub.

– Sierżancie Davis, zmiana planów! – krzyknął, próbując przebić się przez skowyt wózka widłowego. Podał mi nowe wytyczne.

– Więcej pasażerów?

– Nowi pasażerowie. Personel medyczny zostaje – dorzucił coś niezrozumiałego o zmianie charakteru misji.

– Co to za ludzie?

Znów musiałem wytężyć słuch, żeby zrozumieć. A może, z narastającym uczuciem ciężkości na żołądku, zrozumiałem dobrze, tylko chciałem, by powtórzył. W nadziei, że się przesłyszałem.

– Rejestracja zmarłych! – krzyknął.

Przynajmniej miałem wrażenie, że tak powiedział.

***

Timehri było typowym lotniskiem Trzeciego Świata – dość duże, by usiadł na nim 747, ale wyboiste i zabudowane przerdzewiałymi blaszanymi barakami. Otaczająca pas niska dżungla wyglądała, jakby dopiero przed godziną zmuszono ją do odwrotu. Startowały i lądowały helikoptery, na płycie roiło się od amerykańskich żołnierzy. Zrozumiałem, że jest źle.

Kiedy wysiadłem, rozprażony asfalt groził stopieniem podeszew moich butów, jeszcze zanim wsunąłem kliny pod koła. Przyszła załoga naziemna, złożona z amerykańskich żołnierzy. Chcieli jak najszybciej wyładować i złożyć śmigłowiec. Jeden z nich, nagi do pasa, przewiązany w talii koszulą, podał mi manifest ładunkowy.

– Nie rozgaszczaj się – uprzedził. – Jak śmigłowiec poleci, ładujemy do pełna. – Wskazał ruchem głowy za siebie.

Spojrzałem na falujący w upale pas startowy. Trumny. Rzędy matowych aluminiowych skrzyń lśniły w bezlitosnym tropikalnym słońcu. Takie same widziałem przed sześciu laty, w Sajgonie, podczas moich pierwszych lotów w roli specjalisty od załadunku. Aż przewróciło mi się w żołądku, może dlatego, że nie miałem ani chwili wytchnienia, a może przez to, że od dawna nie woziłem sztywnych. Przełknąłem ślinę. Sprawdziłem cel lotu: Dover, Delaware.

***

Załoga naziemna wstawiła do luku nowy moduł wypoczynkowy i wtedy dowiedziałem się, że zabieramy dwóch pasażerów.

Pierwszym okazał się młody chłopak, na oko świeżo po szkole średniej, o czarnych najeżonych włosach. Miał na sobie za duży mundur tropikalny, czysty, wykrochmalony, z dystynkcjami kaprala. Powiedziałem „Witam na pokładzie” i podszedłem, aby pomóc mu wejść drzwiami dla załogi, on jednak gwałtownie się odsunął i omal nie uderzył głową w górną krawędź niskiej framugi. Chyba odskoczyłby do tyłu, gdyby miał dość miejsca. W moje nozdrza uderzył jego zapach, mocny i medyczny – maść vicks vaporub.

Za nim, także bez mojej pomocy, wsiadła pielęgniarka. Jej ruchy, gesty, strój, wszystko to dowodziło rzeczowości i profesjonalizmu. Patrzyłem na nią nieruchomym wzrokiem. Znałem ją. Była jedną z tych, które w pierwszych latach służby regularnie woziłem z bazy Clark na Filipinach do Da Nang i z powrotem. Porucznik o stalowym spojrzeniu i srebrzystych włosach. Jasno dała mi wtedy do zrozumienia – i to niejeden raz – że byle osioł bez matury mógłby wykonywać moją pracę lepiej niż ja. Na mundurze miała naszywkę z nazwiskiem Pembry. Położyła dłoń na plecach chłopaka i skierowała go w stronę miejsc siedzących. Jeśli mnie rozpoznała, pominęła to milczeniem.

 

– Siadajcie, gdzie chcecie – powiedziałem. – Jestem sierżant Davis. Startujemy za niecałe pół godziny, więc się rozgośćcie.

Chłopak stanął jak wryty.

– Nie uprzedziłaś mnie – warknął do pielęgniarki.

Ładownia starliftera najbardziej przypomina wnętrze kotłowni, wszystkie przewody grzewcze, chłodzące i tłoczne są na wierzchu, nie schowane jak w samolocie pasażerskim. Dwa rzędy trumien ciągnęły się przez całą długość luku, z przejściem pozostawionym pośrodku. Było ich sto sześćdziesiąt, ułożonych w stosach po cztery. Żółte siatki ładunkowe zabezpieczały je przed upadkiem. Patrzyliśmy za nie, na światło słoneczne, które znikało za zamykającymi się drzwiami ładowni, pogrążając nas w krępującym półmroku.

– Tak najszybciej wrócisz do domu – powiedziała do niego bezbarwnym tonem. – Chcesz wrócić do domu, prawda?

W jego głosie brzmiało podszyte strachem oburzenie.

– Nie chcę ich widzieć. Chcę siedzieć przodem do kierunku lotu.

Gdyby chłopak się rozejrzał, zobaczyłby, że nie ma miejsc zwróconych przodem do kierunku lotu.

– Spokojnie – powiedziała, znów ciągnąc go za ramię. – Oni też wracają do domu.

– Nie chcę na nich patrzeć – zaprotestował, kiedy popchnęła go w stronę miejsca najbliższego małych okien. Nie zapiął pasów, więc Pembry schyliła się i zrobiła to za niego. Chwycił podłokietniki jak panikarz poprzeczkę zabezpieczającą na kolejce górskiej. – Nie chcę o nich myśleć.

– Rozumiem. – Przeszedłem na przód ładowni i zgasiłem światła. Długie metalowe pojemniki utonęły w ciemności, rozpraszanej tylko czerwonym blaskiem dwóch sygnalizatorów gotowości do skoku. Wróciłem z poduszką dla chłopaka.

Na swoim luźnym mundurze miał naszywkę „Hernandez”. Podziękował mi, ale nie puścił podłokietników.

Pembry usiadła obok niego i zapięła pasy. Schowałem ich ekwipunek i przystąpiłem do ostatniej kontroli przed startem.

***

Kiedy już byliśmy w powietrzu, zaparzyłem kawę na elektrycznej kuchence. Pembry podziękowała, ale Hernandez się napił. Plastikowy kubek drżał mu w rękach.

– Boisz się latać? – spytałem. W siłach powietrznych to się zdarzało. – Mam dramamine…

– Nie boję się latać – wycedził. Patrzył za moje plecy, na skrzynie w ładowni.

Czas obsłużyć załogę. Dawniej do każdego samolotu przypisana była jedna stała ekipa, ale dowództwo sił powietrznych szczyciło się wymiennością swojego personelu, tym, że załoga, która pierwszy raz spotyka się na płycie lotniska, może polecieć dowolnym starlifterem na kraniec świata. Każdy w kokpicie doskonale wiedział, na czym polega moja praca, i vice versa.

Poszedłem do kabiny pilotów i zastałem wszystkich na stanowiskach. Drugi mechanik siedział najbliżej drzwi, pochylony nad przyrządami.

– Czwarty wyrównuje obroty, trzymaj przepustnicę zdławioną – polecił. Jego markotna twarz i akcent z Arkansas wydały mi się znajome. Przez siedem lat służby w starlifterach latałem już chyba z każdym, z kim się dało. Podziękował mi, kiedy postawiłem czarną kawę na jego stoliku. Według naszywki na kombinezonie nazywał się Hadley.

Mechanik pokładowy siedział pośrodku, na miejscu zwykle zarezerwowanym dla inspektora misji, będącego zmorą załóg sił powietrznych. Poprosił o dwie kostki cukru, po czym wstał i wyjrzał przez kopułę nawigatora na przemykający wokół błękit.

– Przepustnica czwartego zdławiona, zrozumiałem – odpowiedział pilot. Choć to jego wyznaczono na dowódcę samolotu, i on, i drugi pilot byli tak typowymi przedstawicielami braci lotniczej, że właściwie trudno ich było odróżnić. Obaj pili kawę z podwójną śmietanką. – Próbujemy ominąć dziury powietrzne, ale nie będzie łatwo. Uprzedź pasażerów, żeby przygotowali się na turbulencje.

– Tak jest, kapitanie. Coś jeszcze?

– Dziękuję, sierżancie Davis. To wszystko.

– Tak jest.

Nareszcie można się odprężyć. Kiedy poszedłem przybrać pozycję horyzontalną w piętrowym łóżku dla załogi, zauważyłem, że Pembry kręci się koło modułu wypoczynkowego.

– Pomóc coś znaleźć?

– Dodatkowy koc?

Wyciągnąłem go ze schowka między kuchenką i latryną. Zagryzłem zęby.

– Coś jeszcze?

– Nie – powiedziała, zdejmując wyimaginowany kłaczek z wełnianego koca. – Wiesz, lataliśmy już razem.

– Tak?

Uniosła brew.

– Chyba powinnam cię przeprosić.

– Nie trzeba, pani porucznik – powiedziałem. Ominąłem ją i otworzyłem lodówkę. – Mogę za jakiś czas podać coś do jedzenia, jeśli…

Położyła dłoń na moim ramieniu, tak jak wcześniej na ramieniu Hernandeza. To niepodzielnie zawładnęło moją uwagą.

– Czyli mnie pamiętasz.

– Tak jest, pani porucznik.

– Ostro cię traktowałam w czasie tamtych lotów ewakuacyjnych.

Wolałem, żeby nie była tak bezpośrednia.

– Mówiła pani, co myślała. Dzięki temu stałem się lepszym specjalistą od załadunku.

– Mimo wszystko…

– Naprawdę nie trzeba. – Dlaczego kobiety nie potrafią zrozumieć, że przeprosiny tylko pogarszają sprawę?

– Niech będzie. – Jej harda twarz złagodniała, nabrała szczerego wyrazu i nagle dotarło do mnie, że pani porucznik chce porozmawiać.

– Jak się ma pacjent?

– Odpoczywa. – Pembry nadrabiała miną, ale czułem, że pragnie powiedzieć coś więcej.

– Co mu się stało?

– Był jednym z pierwszych na miejscu – wyjaśniła. – I pierwszy się stamtąd zabrał.

– Z Jonestown? Było aż tak źle?

Wróciła twarda, chłodna mina, którą tak dobrze pamiętałem z naszych dawnych lotów ewakuacyjnych.

– Wylecieliśmy z Dover na polecenie Białego Domu pięć godzin po nadejściu wiadomości, co się stało. Chłopak zajmuje się prowadzeniem dokumentacji medycznej, sześć miesięcy służby, nigdzie jeszcze nie był, nie zaznał w życiu żadnej traumy. A tu nagle znalazł się w południowoamerykańskiej dżungli wśród tysiąca trupów.

– Tysiąca?

– Jeszcze nie policzyli, ale na to wygląda. – Musnęła swój policzek grzbietem dłoni. – W tym dużo dzieci.

– Dzieci?

– Całe rodziny. Wszyscy wypili truciznę. Podobno to jakaś sekta. Ktoś mi powiedział, że rodzice najpierw zabili swoje dzieci. Nie wiem, co może skłonić człowieka, by zrobił coś takiego najbliższym. – Pokręciła głową. – Prowadziłam w Timehri selekcję poszkodowanych. Hernandez mówił, że smród był niewyobrażalny. Musieli pryskać ciała środkami owadobójczymi i przeganiać wielkie, głodne szczury. Opowiadał, że kazali mu przebijać trupy bagnetem, żeby spuścić z nich gazy. Potem spalił swój mundur. – Samolotem szarpnęło i przestąpiła z nogi na nogę, by utrzymać równowagę.

Poczułem obrzydliwy ucisk w gardle i starałem się nie wyobrażać sobie tego, o czym mówiła. Usiłowałem powstrzymać grymas cisnący się na usta.

– Kapitan uprzedza, że może mocno rzucać. Lepiej niech pani zapnie pasy. – Odprowadziłem ją na miejsce. Hernandez siedział rozwalony, z rozdziawionymi ustami. Wyglądał, jakby przegrał barową bójkę, i to sromotnie. Wróciłem do siebie, położyłem się na moim łóżku i zasnąłem.

***

To samo powie wam każdy specjalista od załadunku: spędzając tak dużo czasu w powietrzu, po prostu ignorujesz ryk silników. Przekonujesz się, że w zasadzie nic nie może zakłócić ci snu. Twój umysł jednak pozostaje czujny i budzi się na każdy niezwykły dźwięk, tak jak to było podczas pamiętnego lotu z Yokoty do Elmendorfu, kiedy dżip zerwał się z mocowań i wpadł w skrzynię racji żywnościowych. Wszędzie walały się plasterki suszonej wołowiny. Załoga naziemna usłyszała ode mnie kilka cierpkich słów, ma się rozumieć.

Nic więc dziwnego, że teraz ocknąłem się na dźwięk krzyku.

Zerwałem się, wyskoczyłem z łóżka, bez namysłu pobiegłem za moduł wypoczynkowy. Zobaczyłem Pembry. Stała przed Hernandezem, uchylała się przed jego młócącymi powietrze rękami i mówiła spokojnie, głosem zagłuszanym przez ryk silnika. Hernandeza słychać było aż za dobrze.

Читай где угодно
и на чем угодно
Как слушать читать электронную книгу на телефоне, планшете
Доступно для чтения
Читайте бесплатные или купленные на ЛитРес книги в мобильном приложении ЛитРес «Читай!»
Откройте «»
и найдите приложение ЛитРес «Читай!»
Установите бесплатное приложение «Читай!» и откройте его
Войдите под своей учетной записью Литрес или Зарегистрируйтесь
или войдите под аккаунтом социальной сети
Забытый пароль можно восстановить
В главном меню в «Мои книги» находятся ваши книги для
чтения
Читайте!
Вы можете читать купленные книги и в других приложениях-читалках
Скачайте с сайта ЛитРес файл купленной книги в формате,
поддерживаемом вашим
приложением.
Обычно это FB2 или EPUB
Загрузите этот файл в свое
устройство и откройте его в
приложении.
Удобные форматы
для скачивания
FB2, EPUB, PDF, TXT Ещё 10
17 podniebnych koszmarów
17 podniebnych koszmarów
Стивен Кинг
3.00
Аудиокнига (1)
17 podniebnych koszmarów
17 podniebnych koszmarów
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте 3 книги в корзину:

1.2.